_Blog obiektywny
Samoobrona do PiS - albo ślub, albo rozwód 2005-12-29

Samoobrona do PiS - albo ślub, albo rozwód

       
Zobacz powiększenie
Posłowie Samoobrony w drodze na konferencję prasową
Fot. Sławomir Kamiński / AG

 Renata Grochal, Agata Kondzińska, Wrocław 02-12-2005 , ostatnia aktualizacja 01-12-2005 20:44

Kończymy okres romantyczny w relacjach z PiS, a zaczynamy pragmatyczny. Romans nie może trwać w nieskończoność. Albo będzie legalne małżeństwo sankcjonowane przez parlament, albo nic - ostrzega Ryszard Czarnecki

W środę podczas konferencji programowej partii w Sejmie kilkuset działaczy dostało od Andrzeja Leppera jasne wytyczne: •  popierać rząd tylko warunkowo; •  żadnych targów z PiS na temat obsady stanowisk wicewojewodów i stołków w agencjach państwowych.

Przypomnijmy, że według nieoficjalnych informacji Samoobrona miała mieć w kraju co najmniej trzech wicewojewodów - w zachodniopomorskim, mazowieckim i lubelskim. Ludzie Leppera mieli też objąć stanowiska w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Łódzkiem. Były już na ten temat rozmowy. Ale przewodniczący kazał swoim ludziom poskromić apetyty.

Renata Beger, posłanka Samoobrony, popiera taką decyzję: - Nie zadowolimy się ochłapami. Albo idziemy z PiS jako partnerzy, albo nie bierzemy nic. Nie może być tak, że oni mają ministerstwa, a my tylko kilku wicewojewodów, a mimo to i tak na nas spoczywa współodpowiedzialność za rządzenie krajem.

Twardy kurs Leppera w relacjach z PiS niezbyt spodobał się części lokalnych działaczy partii. Ale zdecydowanych protestów nie było. Za wzór lojalności stawiano Huberta Costę z Dolnego Śląska. Przypomniano, że gdy Samoobrona zrywała koalicję z SLD w województwach, Lepper kazał mu odejść z zarządu województwa dolnośląskiego. Choć niezbyt mu się to podobało, karnie wykonał polecenie. Lider partii o nim nie zapomniał. Dziś Costa jest posłem Samoobrony. Podoba mu się decyzja przewodniczącego: - Zresztą ona mnie nie dotyczy, bo ja nie pretenduję do żadnego stanowiska. Mam swoją pracę, którą bardzo lubię (Costa jest lekarzem) - tłumaczy.

Czy Samoobrona przechodzi do opozycji? Lepper zapowiada, że jego posłowie nie będą maszynką do głosowania partii braci Kaczyńskich i poprą jedynie ustawy dobre dla państwa.

- Jeśli będą ryzykowne, nie będziemy za nimi głosować - mówi.

Jaśniej o nowej strategii Samoobrony mówi Ryszard Czarnecki: - Nie będziemy jak PO i SLD. Oni czepiają się rządu na każdym kroku. Jak premier Marcinkiewicz wstanie prawą nogą, to źle, bo jest za bardzo prawicowy. Jak lewą - to za bardzo lewicowy. A jak nie wstanie w ogóle, to też źle, bo leń.

Czarnecki zapowiada, że Samoobrona będzie analizować wszystkie posunięcia PiS, również personalne.

Wiceprzewodniczący Samoobrony Stanisław Łyżwiński przewiduje natomiast, że i tak przy każdej ustawie PiS "będzie musiał kolędować między nami a LPR". - Życzę mu wtedy powodzenia - nie kryje sarkazmu.

Zaostrzając kurs wobec PiS, Samoobrona ciągle liczy na wprowadzenie swoich ludzi do rządu. - Prędzej czy później znajdziemy się w koalicji z PiS. Albo rozpadnie się mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza - przewiduje Renata Beger.

PiS na razie nie panikuje. - Samoobrona jak każda inna partia może robić, co jej się podoba - komentuje decyzję Andrzeja Leppera przewodniczący klubu parlamentarnego PiS Przemysław Gosiewski.


Manifest ideowy Samoobrony: Nowy Lepper 2005-12-29

Dominik Uhlig 22-12-2005, ostatnia aktualizacja 21-12-2005 20:15


Jest
pomiędzy liberalizmem a socjalizmem, w centrum - orientacja
socjalliberalna - czytamy w "Trzeciej drodze Samoobrony RP". Ten tekst
ma uspokoić sympatyków, że mimo haseł liberalnych partia nie zmienia
poglądów






"Odwaga Andrzeja Leppera w
wyznaczaniu celów i metod ich realizacji po raz kolejny roztrąciła
zgromadzoną już górę pseudoargumentów przeciw Samoobronie.
Socjalliberalizm to nowoczesny prąd myślowy i polityczny połączony z
dobrymi doświadczeniami w gospodarce krajów skandynawskich. Na tę drogę
próbuje wejść Wielka Brytania. Na tę drogę Andrzej Lepper chce
wprowadzać Polskę" - ten brawurowy cytat pochodzi z broszury "Trzecia
droga Samoobrony RP". Tekst w tych dniach ma trafić do działaczy i
sympatyków partii w całym kraju i jest nowym manifestem Samoobrony.


Samoobrona szuka sobie miejsca. Z jednej strony chce być dla PiS
poważnym partnerem do koalicji rządowej, z drugiej - wie, że nie może
zmienić całkowicie wizerunku, bo PiS odbierze jej sporą część
elektoratu. A już w przyszłym roku wybory samorządowe.


Lepper ciągle manewruje. Tylko w ostatnim roku przedstawiał
Samoobronę jako ugrupowanie centrowe, później jako jedyną lewicę, a
teraz jako partię socjalliberalną.


To ostatnie określenie użyte w wywiadzie Leppera dla "Pulsu
Biznesu" zdezorientowało sympatyków, którzy przez lata słyszeli od
niego, że liberałowie są największym wrogiem Polski.


Szokiem dla wyborców były spotykania Leppera z przedstawicielami
największego biznesu i wycofanie z programu Samoobrony żądania 50-proc.
podatku dla najbogatszych.


Wyborcy Samoobrony mogą więc odwrócić się w stronę PiS, PSL czy LPR, które odżegnują się od liberalizmu.


Nowy manifest Leppera ma uspokoić atmosferę. Jest też podstawą
zmian w programie partii. Stary program spisano w 2003 r. Nie
uwzględnia np. tego, że Polska jest już członkiem Unii. - Radykalnych
zmian nie będzie, ale kilka rzeczy trzeba dostosować do bieżącej
sytuacji. Nowy program ma być przyjęty wiosną - ujawnia nam polityk
Samoobrony.



Samoobrona jak Demokraci.pl?



Jak więc wygląda nowe miejsce Samoobrony? "Jest pomiędzy
liberalizmem a socjalizmem, w centrum - orientacja socjalliberalna.
Pojęcie socjalliberalizmu to doktryna europejska zakorzeniona od
kilkudziesięciu lat w programach szeregu ugrupowań
zachodnioeuropejskich, takich jak holenderscy Demokraci '66 czy
brytyjscy Liberalni Demokraci" - czytamy w tekście.


Obie te partie są w europejskiej międzynarodówce liberałów, do
której należą też Demokraci.pl Władysława Frasyniuka. O tym Samoobrona
nie pisze.


Przekonuje za to swoich działaczy, że się nie zmieniła. "W warstwie
społecznej socjalliberalizm czerpie z myśli i osiągnięć lewicy.
Samoobrona jest reprezentantem lewicy patriotycznej".



Platforma: najemnicy obcego kapitału



I z pozycji lewicowych, a nawet lewackich Samoobrona przekonuje, że
"Polska stała się lennem, które kapitał międzynarodowy może swobodnie
eksploatować. Przejął środki produkcji, system bankowo-finansowy i
media. A do przejęcia władzy politycznej potrzebuje najemników, którzy
mogą w imieniu kapitału zagranicznego sprawować władzę".


Najemników obcego kapitału Samoobrona widzi przede wszystkim w
Platformie. Podejrzewa, że jej walka o zniesienie finansowania partii z
budżetu ma osłabić skuteczność innych partii, a sama PO "prawdopodobnie
środki zewnętrzne ma już zagwarantowane".


A PD, SLD i SdPl są zdaniem Samoobrony "gotowe do coraz większych
ustępstw dla kapitału zagranicznego kosztem poziomu życia większości
społeczeństwa".



Jest jednak nadzieja dla Polski



"Mimo wysiłków i zabiegów socjotechników zatrudnionych w środkach
masowego przekazu i ośrodkach badania opinii publicznej nie udało się
neoliberałom zaszufladkować Samoobrony jako partii warchołów,
nieudaczników, ludzi niewykształconych, bezradnych i bez przyszłości.
Świeżość i odwaga programu Samoobrony przyciąga nie tylko pracowników,
emerytów i rencistów, ale też młodzież, świat nauki i przedstawicieli
biznesu" - czytamy w manifeście.


Koniec ologarchii 2005-12-29










Tygodnik "Wprost", Nr 1202 (18 grudnia 2005)



Powinniśmy
działać jak dobrze zorganizowana piramida: pieniądze idą w górę, błoto
spływa na dół". Ta myśl Tony'ego Soprano, bohatera serialu o mafii
"Rodzina Soprano", w najbardziej zwięzły sposób oddaje sens
zakulisowych działań i nieformalnych układów. Ta myśl może być także
kluczem do zrozumienia wielu wątków prezydentury Aleksandra
Kwaśniewskiego. Bo był on mistrzem właśnie zakulisowych działań. I w
tym się spełniał, a nie w wyznaczonych mu przez konstytucję ramach. Bo
konstytucja wymaga od prezydenta (w art. 126) tylko tego, by był
"najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem
ciągłości władzy państwowej", by czuwał "nad przestrzeganiem
konstytucji" i stał "na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa".


Koniec okresu ochronnego dla Kwaśniewskiego

Nieformalne działania Aleksandra Kwaśniewskiego mogą go zaprowadzić
przed Trybunał Stanu. Wśród polityków PiS trwają dyskusje w sprawie
wniosku o postawienie prezydenta przed trybunałem. Zapowiedź tego mamy
już w raporcie Zbigniewa Ziobry, podsumowującym ustalenia komisji
śledczej ds. afery Rywina. Ziobro oskarżał głowę państwa o popełnienie
przestępstwa urzędniczego polegającego na niepowiadomieniu organów
ścigania o przestępstwie i ukryciu ważnego dowodu (listu od Lwa
Rywina). - Podtrzymuję swoje ówczesne stanowisko, że prezydent przed
trybunałem powinien stanąć - mówi "Wprost" Zbigniew Ziobro, minister
sprawiedliwości. Z ostateczną decyzją PiS chce poczekać na
zaprzysiężenie Lecha Kaczyńskiego.
Postawienie Aleksandra Kwaśniewskiego przed trybunałem byłoby dla
tego polityka gorzkim podsumowaniem dziesięcioletniej prezydentury.
Ujawnienie planów ułaskawienia Zbigniewa Sobotki i Ryszarda Kalisza
było dla ekipy PiS wypuszczeniem próbnego balonu, mającym odpowiedzieć
na pytanie, jak społeczeństwo i media przyjmą próbę rozliczenia samego
Kwaśniewskiego. Test wypadł zaskakująco dobrze, co może dowodzić, że
sezon ochronny na Kwaśniewskiego się skończył (jednocześnie kończy się
immunitet chroniący prezydenta). A to oznacza, że mogą się rozpocząć
śledztwa prokuratury w wielu sprawach, w których przewija się nazwisko
Aleksandra Kwaśniewskiego (niektóre zawieszone z powodu prezydenckiego
immunitetu). Najnowszą z nich jest ułaskawienie Petera Vogla, kiedyś
bandyty, obecnie menedżera szwajcarskiego banku.



Łaska dla gangstera

Aleksander Kwaśniewski twierdzi, że Petera Vogla (vel Piotra
Filipczyńskiego) nie zna. Jest jednak zastanawiające, że Vogla zna
wielu ludzi z otoczenia prezydenta. Gdy Vogel starał się o prezydencką
łaskę, jego adwokatem był Andrzej Sandomierski, prawnik często
reprezentujący Aleksandra Kwaśniewskiego, na przykład w procesie z nie
istniejącym już dziennikiem "Życie" ("Wakacje z agentem").
Przypomnijmy, że Peter Vogel w 1975 r. został skazany na 25 lat
więzienia za brutalne morderstwo. W 1983 r., w czasie stanu wojennego,
podczas przerwy w odbywaniu kary uciekł z Polski. Wiele lat był
poszukiwany listem gończym. Ujęto go w 1999 r. w Szwajcarii. Już
miesiąc po jego ekstradycji do Polski prezydent Aleksander Kwaśniewski
wszczął procedurę ułaskawieniową, a Vogel natychmiast opuścił areszt.
Dziś prokuratura bada, czy przy okazji ułaskawienia Vogla nie doszło do
korupcji.
Peter Vogel jest krewnym Ireny Popoff, kiedyś oficera wywiadu i
rzecznk Urzędu Ochrony Państwa. Gdy był poszukiwany listem gończym,
niewiele sobie z tego robił, regularnie odwiedzając Polskę, spotykając
się z parlamentarzystami, m.in. z Janem Królem i Karolem Działoszyńskim
z Unii Wolności oraz Andrzejem Szarawarskim i Jackiem Piechotą z SLD. -
To były okazjonalne kontakty - tłumaczy były wicemarszałek Sejmu Jan
Król. - Poznaliśmy się w połowie lat 90. Potem spotykałem go na różnych
imprezach, konferencjach, ale jego przeszłości nie znałem - zapewnia
Jacek Piechota. Także Szarawarski w rozmowie z "Wprost" przyznał, że
zna Vogla.

W 2003 r., rok po uzyskaniu szwajcarskiego obywatelstwa, Vogel
został dyrektorem w banku Coutts, gdzie opiekował się kontami swego
znajomego, lobbysty Marka Dochnala i jego firm, np. Blue Aries (o
związkach Dochnala z Pałacem Prezydenckim pisaliśmy w artykule
"Aleksander K.", nr 10/2005). Szwajcarscy prokuratorzy potwierdzają
podejrzenia polskich służb, że przez bank Coutts Dochnal transferował
pieniądze dla polskich polityków. Ujawnił to prokurator okręgowy z
Zurychu Peter Henig. Dochnal poznał Vogla przez swego adwokata Ryszarda
Kucińskiego, dawniej rzecznika warszawskiej prokuratury, przyjaciela
byłego prawnika prezydenta Ryszarda Kalisza. - Piotrek jest moim
przyjacielem. Poznaliśmy się dzięki Irenie Popoff - potwierdza Ryszard
Kuciński. Nazwisko Vogla pojawia się w biznesowych kalendarzach Marka
Dochnala, do których dotarł "Wprost". 2 września 2002 r. Dochnal
zapisał na przykład "P. Vogel, kasa".
W 2004 r. Vogel odszedł z Coutts i zatrudnił się w EFG Banku.
Razem z nim przeniósł się tam Sławomir Kempa, o którym głośno zrobiło
się w ubiegłym roku, gdy do prasy trafiła fałszywa notatka oficera
Agencji Wywiadu, z której wynikało, że Kempa jako pracownik Couttsa
prał pieniądze i transferował łapówki dla polityków i funkcjonariuszy
tajnych służb. Kempa jest wiceprezesem firmy Central European Natural
Gas, którą kieruje Meir Bar, obywatel Izraela, przyjaciel prezesów
spółki Art-B Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego. Warto
przypomnieć, że wspólnikiem Bagsika w okresie afery Art-B był zaufany
Aleksandra Kwaśniewskiego Marek Siwiec, późniejszy szef Biura
Bezpieczeństwa Narodowego, obecnie eurodeputowany.



Prezydent wszystkich aferzystów

Gdy skończy się immunitet Kwaśniewskiego, może odpowie on na
pytania o swoje związki z baronami oskarżonymi w sprawach mafii
paliwowej. 29 kwietnia 2002 r. prezydent spotkał się na przykład w
Wiśle z Bogusławem Lepiarzem (pisaliśmy o tym w artykule "Zdjęcie z
prezydentem", nr 41/2004), jednym z głównych podejrzanych w sprawie
mafii paliwowej. Kwaśniewski powinien też wyjaśnić, czy jego albo
Jolantę Kwaśniewską łączyło coś z bohaterami afery Orlenu Andrzejem
Kuną i Aleksandrem Żaglem oraz z Edwardem Mazurem, podejrzanym o
zlecenie zabójstwa gen. Marka Papały (nie istniejący już dziennik
"Życie" opublikował zdjęcia Jolanty Kwaśniewskiej z Kuną i Żaglem).
Prokuratura będzie się mogła wreszcie zająć nieprawidłowościami w
Polskim Komitecie Olimpijskim, gdy kierował nim Aleksander Kwaśniewski.
W 1991 r. inspektorzy z warszawskiego urzędu wojewódzkiego
przeprowadzili w PKOl kontrolę i stwierdzili, że z kont tej instytucji
transferowano pieniądze na zagraniczne konta (1,6 mln dolarów). Sprawa
trafiła do sądu, gdzie ciągnęła się pięć lat i została wycofana na
początku 1996 r., tuż po wygranych przez Kwaśniewskiego wyborach. Po
wygaśnięciu immunitetu Kwaśniewskiego prokuratura będzie mogła wznowić
śledztwo w sprawie nieprawdziwych danych o wykształceniu, które podał
on w 1995 r. Do sprawy można wrócić, bo okres sprawowania urzędu nie
wlicza się do okresu przedawnienia. Zbadana też może być sprawa
ewentualnego poświadczenia nieprawdy w ankiecie sejmowej, gdzie
Kwaśniewski wpisał słowo "magister" (zostało ono potem wykreślone, co
oznaczałoby, że ktoś usuwał dowód kłamstwa). Wreszcie prokuratura
będzie mogła też wrócić do poświadczenia przez ustępującego prezydenta
nieprawdy w oświadczeniu majątkowym, w którym ukrył fakt posiadania
przez żonę akcji firmy Polisa.



Państwo Kwaśniewskich kontra państwo polskie

Dekada Kwaśniewskiego oznaczała stopniowe przekształcanie się
państwa polskiego w państwo Kwaśniewskich. Rzeczpospolita Polska była w
jakimś sensie gospodarstwem pomocniczym państwa Kwaśniewskich. Zarówno
wtedy, gdy Aleksander Kwaśniewski pozakonstytucyjnie wpływał na
prywatyzację wielkich państwowych spółek (Orlen, PZU, Rafineria
Gdańska) czy na obsadę rad nadzorczych w tych spółkach, jak i wtedy,
gdy Jolanta Kwaśniewska wprzęgała urzędy i urzędników państwowych w
działania swej fundacji Porozumienie bez Barier. Państwo Kwaśniewskich
było chronione utajnianiem informacji o jego funkcjonowaniu
(niedostępność prezydenckich ośrodków i pałaców, tajne księgi gości,
odmowa przekazywania informacji o ułaskawionych i odznaczonych, odmowa
zeznań przed sejmowymi komisjami śledczymi itp.). Jeśli w mediach
pojawiały się informacje obnażające funkcjonowanie państwa
Kwaśniewskich, były traktowane jak atak na państwo polskie.

Państwo Kwaśniewskich miało swoje nieformalne organy, takie jak
Stowarzyszenie Ordynacka, jak grupa wpływu, zwana Klubem Krakowskiego
Przedmieścia, jak fundacja Porozumienie bez Barier, jak nieformalny
własny wydział prasy: kiedy było trzeba, w mediach pojawiały się
materiały detonujące różne małe i wielkie bomby albo po prostu
materiały promocyjne - jak melodramatyczne fotografie dokumentujące
wielkie uczucie łączące prezydencką parę czy wywiady sławiące mądrość
pierwszego obywatela i wielkie serce jego żony.



Marcin Dzierżanowski

Grzegorz Induski

Jarosław Jakimczyk




Współpraca: Michał Krzymowski


Platforma dobrobytu 2005-12-29





Komu opłaci się podatek
liniowy?






Działacze PO rozpoczęli propagandę
przedwyborczą, proponują nam podatek liniowy - ot, taką nową urawniłowkę,
każdemu wedle posiadanego kapitału - nic dziwnego, że do towarzyszy z SLD
jest im coraz bliżej. Potencjał intelektualny obu tych ugrupowań wspierany
jest przez potencjał naukowy Centrum im. A. Smitha, w którym od miesięcy
powstaje projekt: "USTAWA... wersja 2004 alpha z dnia... 2004 roku... o
likwidacji bezrobocia i naprawie finansów
publicznych".

















JAN KAZIMIERZ
KRUK







Z pewnością na hasło likwidacja bezrobocia
żywo zareagują bezrobotni, ich rodziny, przyjaciele i ludzie żyjący w
strachu przed utratą pracy. Niestety, we wspomnianym projekcie USTAWY nie
ma ani słowa o tym, jak bezrobocie zlikwidować ani jak finanse publiczne
naprawiać.

Klęska rządów SLD zmusza kręgi biznesowo-polityczne do
poszukiwania partii, w której można zbudować nową grupę trzymającą władzę;
od roku widać, że wybór padł na PO. Przeskakując z SLD na Platformę, kręgi
dobierające grupę trzymającą władzę przygotowują na kampanię wyborczą
projekty genialnych aktów prawnych, które rozwiną gospodarkę i przyniosą
nam dobrobyt. Konkurujący z nimi o stołki politycy - od dawna na czterech
łapach na Platformie - mówią z kolei o swoich doskonałych projektach
rozwijanych w tym samym celu. Niestety, wspomniany dokument, nad którym
pracują mędrcy z CAS, jest zdecydowanie niedorozwinięty (kto za ten
elaborat płaci? - PO czy SLD?) chociaż szeptana propaganda głosi, że
nareszcie otrzymamy proste, jasne przepisy podatkowe, zrozumiałe dla
zwykłych ludzi. Tymczasem w projekcie tajemniczej USTAWY na uwagę
zasługuje tylko art. 45: "Ustawa wchodzi w życie z dniem 1 stycznia 2005
roku". A więc cicha koalicja śpieszy się - teraz albo śmierć. Pozostałe
artykuły w projekcie USTAWY w ogóle nie trzymają się kupy, ale to nie ma
znaczenia; reformatorom polityki fiskalnej chodzi przecież o jedno - o
podatek liniowy.

Warto przypomnieć, że tę kość głupoty ekonomicznej
ogryzał wcześniej Balcerowicz, aż mu się Unia Wolności rozsypała. Później
wziął się za nią Miller (za kość, nie za UW) na życzenie oligarchów, aż do
momentu, kiedy pojął, że doły partyjne arytmetykę ze szkoły powszechnej
opanowały i mogą obalić lidera. Ostatnia inicjatywa polega na mamieniu
wyborców ekonomią... bezpartyjną. Czyżby w całej Unii Europejskiej
ekonomia była tak mocno partyjna? Mają tam przecież podatki progresywne i
to nawet ponad 60-proc.

Komu i ile


Forsowany przez prawicowo-lewicowy neobolszewizm podatek
liniowy w wys. 15 proc. przyniósłby podatnikom korzyści. Ale czy wszystkim
i ile? Spójrzmy na tabelkę. Wg zapowiedzi reformatorów nie będzie ulg, a
więc i kwoty wolnej. Zatem zarabiający 1000 zł miesięcznie liczący każdą
złotówkę, stracą 4,17 zł miesięcznie. Jeszcze gorzej wyjdą na tym
podatnicy o dochodach 600 zł miesięcznie - będą mieli mniej o 20,17 zł
miesięcznie. A jest ich wiele milionów. Dla pozostałych grup podatników
fiskus będzie litościwy, szczodry, a nawet hojny.

Jak widać, PO w
koalicji z SLD chce tworzyć platformy dobrobytu na różnym poziomie oraz
tratwy do zatopienia. Towarzysze na platformie F są w większości
bezpartyjni, więc to nie oni, ale politycy będą się martwić, jak załatać
nową dziurę w budżecie w wysokości 7,5 mld zł (0,5 mld zł wezmą od
milionów ludzi na tratwach A i B). Politycy wyślą zapewne Rokitę do Busha,
aby mu po męsku powiedział: 2 mld dolarów albo śmierć. Niestety, Busha
zabraknie, a jeśli będzie, to Rokita otrzyma tylko na cygara dla swoich
towarzyszy partyjnych. Trzeba będzie zatem do łatania dziury użyć
niewidzialnej ręki rynku - wprowadzić podatki pośrednie - wzrosną ceny
chleba i mięsa, warzyw i owoców, wody, gazu, transportu publicznego, paliw
płynnych i elektryczności. Tych dóbr każdy potrzebuje do życia w podobnej
ilości, a zatem nowe podatki będą wreszcie "sprawiedliwe" - pogłówne, po
30 zł miesięcznie od łebka. Oznacza to, że podatnicy na platformie F będą
musieli oddać 0,04 proc. z tego, co dostaną od fiskusa. Ale 10 milionów
ludzi - tych na tratwach A i B - już potrzebuje 100 zł lub więcej
miesięcznie, aby przeżyć, a od fiskusa nic nie otrzyma.







Żyjemy ponad stan, zadłużamy się
katastrofalnie - to prawda, że musimy oszczędzać i zaciskać pasa. Warto
jednak wiedzieć, kto i ile pracy i pieniędzy włożył do wspólnego kotła
zwanego PKB, a ile z niego zabiera. Z czym przyszedł, ile wziął, ile
zagrabił. Gdzie i jak powinniśmy oszczędzać, kto w ogóle nie płaci
podatków. Tymczasem nadal tkwimy w rzeczywistości Orwella. Wystarczy
włączyć radio lub telewizor, aby usłyszeć tłuste świnie wzywające naród do
zaciskania pasa w celu zapewnienia mu dobrobytu. I ten refren nie zmienia
się od czasów Bieruta.

Jan Kazimierz
Kruk


Jesteśmy dumni z tuska 2005-12-29



...KONTYNUACJĘ
LIPY, PICU I PRYWATY Z RZECZPOSPOLITEJ NR III.


Donald tusk w swojej
kampanii wyborczej podawał, że jest założycielem i społecznym działaczem Fundacji
Pomocy Dzieciom Skrzywdzonym. Wygląda na to, że
tusk pomógł tylko jednemu skrzywdzonemu
dziecku – sobie.



tusk, liberał
z Trójmiasta, człowiek z zasadami, w swojej kampanii prezydenckiej podkreślał
różne sprawy. Na przykład, że pracował na kominie i założył fundację Dar Gdańska,
która pomaga ubogim i niepełnosprawnym dzieciom. Oraz że on pracuje w niej społecznie.
Taki zapis mogliśmy znaleźć choćby na jego oficjalnej stronie internetowej oraz
w licznych prasowych i telewizyjnych wypowiedziach.


Dzieciom...


Faktycznie tusk
założył Dar Gdańska Fundację Pomocy Dzieciom Skrzywdzonym. Fundacja miała nieść
wszechstronną pomoc dzieciom i młodzieży z Pomorza Gdańskiego pozbawionym odpowiednich
warunków życia i rozwoju z powodów zdrowotnych i społecznych (w szczególności
z rodzin z problemami alkoholowymi) oraz upowszechniać dziedzictwo kulturowe
i historyczne Gdańska i Pomorza Gdańskiego wśród dzieci i młodzieży.


Nie mogliśmy jednak
znaleźć śladów tej pomocy. Przynajmniej od 2001 r. fundacja takiej działalności
nie rozwija i nie ma nic na ten temat w jej sprawozdaniach składanych corocznie
w Krajowym Rejestrze Sądowym. Trudno zresztą aby fundacja coś dawała dzieciom,
skoro sama wykazuje od 2001 r. straty. Za 2004 r. w spra-wozdaniu finansowym
strata netto wyniosła ponad 72 tys. zł.


Fundacja Dar Gdańska
najbardziej znana była z wydawania serii albumów fotograficznych pod wspólnym
tytułem „Był sobie Gdańsk”. Póki była wydawcą – była na plusie. Jednak od 2001
r. przekazała prawa do wydawania serii prywatnej spółce Media Millenium, której
właścicielami są osoby związane z tuskiem. Od tego czasu fundacja notuje straty,
a na albumach zarabia spółka.


To tak apropos
niesienia pomocy dzieciom skrzywdzonym i ubogim.


Społeczeństwu...


Za działalność
upowszechniania dziedzictwa kulturowego, które w statucie ma tuskowa fundacja,
można uznać kaszubski elementarz i słownik polsko-kaszubski. Wydanie tych książek
wspomogła jednak inna fundacja – Współpracy Polsko-Niemieckiej.


tusk napisał do
tych książek słowo wstępne. Takie ecie-pecie. Zapewne to właśnie w ramach niesienia
pomocy ubogim dzieciom za każde słowo, które tusk napisał, skasował honorarium.
Tylko w roku 2002 dostał od fundacji Dar Gdańska 36 tys. zł honorarium z tytułu
wynagrodzenia autorskiego, za rok 2003 – 44 tys. zł. Sam o tym pisze w złożonych
w Senacie i Sejmie oświadczeniach majątkowych.


To apropos działalności
społecznej Donalda tuska.


Wyborcom...


Najlepsze jest
jednak co innego. Jako kandydat na prezydenta z zasadami tusk w kampanii wyborczej,
która trwała do połowy października, podkreślał, że jest założycielem fundacji,
która ma nieść pomoc dzieciom skrzywdzonym. Co miało wywołać wrażenie, że taki
dobry z niego chłopak. Najwyraźniej zapomniał, że 1 sierpnia 2005 r. jako jedyny
założyciel tej fundacji złożył w wydziale gospodarczym gdańskiego sądu wniosek
o jej likwidację wobec wyczerpania się środków finansowych i majątkowych. Sam
to osobiście podpisał, co jest w aktach sądowych.


Wała


tusk w kampanii
wyborczej namawiał rodaków do brania spraw we własne ręce. Jeszcze wcześniej
jako polityk Platformy Obywatelskiej grzmiał wielokrotnie, że to nieładnie brać
budżetowe dotacje na działalność polityczną. Najwyraźniej ani on sam, ani jego
liberalni koledzy nie słuchali tego, co gada tusk. Kolejna fundacja, której
założycielem jest tusk i zasiada w jej radzie nadzorczej – Fundacja Liberałów
– nie wzdraga się brać publicznych dotacji. W załączniku do uchwały Zarządu
Województwa Pomorskiego z 7 czerwca 2005 r. czytamy, że na wniosek Fundacji
Liberałów ich polityczne czasopismo „Przegląd Polityczny” otrzymało 30 tys.
zł dotacji. Marszałkiem województwa pomorskiego jest bowiem partyjny kolega
tuska – Jan Kozłowski. Czyż gdańscy liberałowie nie mogli wziąć sprawy w swoje
ręce i wy-dawać własnego czasopisma bez dotacji?


„Będziemy dumni
z Polski” – brzmiało hasło wyborcze Donalda. My już jesteśmy dumni – z tuska.



Autor : Waldemar Kuchanny


Zarzuty dla Kratiuka 2005-12-29

Prokuratura: szef fundacji prezydentowej okłamał komisję śledczą

Warszawska prokuratura okręgowa postawiła Andrzejowi Kratiukowi zarzut składania fałszywych zeznań przed komisją do spraw Orlenu.W lutym tego roku Kratiuk zapewniał komisję, że nie współpracował ze służbami specjalnymi PRL. Zdaniem prokuratury – kłamał. – Zarzut został postawiony w miniony czwartek, po analizie materiałów z Instytutu Pamięci Narodowej – mówi nam Maciej Kujawski, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Najprawdopodobniej jeszcze w tym roku sprawa zakończy się aktem oskarżenia.

Agent „Krystian”

Dotarliśmy do archiwalnych dokumentów na temat współpracy Kratiuka. Po raz pierwszy został on zarejestrowany w 1979 roku przez wywiad MSW pod pseudonimem Krystian. Wyjeżdżał wtedy na stypendium do RFN i podpisał tzw. deklarację wyjazdową. Zobowiązał się w niej do wykonania zadań powierzonych przez MSW. W dokumentach zachowały się nazwiska oficerów prowadzących – Edwarda G. i Piotra K.

Serwis za zeznania

Na początku lat 80., po powrocie ze stypendium, Kratiuk został przejęty przez SB, a jego oficerem prowadzącym była Anna P. W tym czasie pojawił się też drugi pseudonim Kratiuka – Krist.

Zdaniem prokuratury, obecny szef fundacji Jolanty Kwaśniewskiej donosił bezpiece na swoich kolegów z organizacji studenckich. Informował o nastrojach na uczelni przed pielgrzymką Jana Pawła II w 1987 roku. Przekazywane ustnie oficerowi prowadzącemu raporty były spisywane. Za wydajną współpracę przy sprawie dotyczącej rozpracowywania środowiska studenckiego o kryptonimie „Kuźnica” dostał od SB w styczniu 1988 roku serwis stołowy za 6050 zł (średnia pensja wynosiła 53 tys.).

Kratiuk: to bzdury

Andrzej Kratiuk został wezwany przed komisję ds. Orlenu, bo jednocześnie yzasiadał w radzie nadzorczej PKN Orlen i był szefem fundacji Jolanty Kwaśniewskiej.

Podczas zeznań posłowie zapytali Andrzeja Kratiuka, czy współpracował ze służbami specjalnymi PRL. Szef fundacji Jolanty Kwaśniewskiej zaprzeczył. W związku z tym komisja zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu składania przez niego fałszywych zeznań.

Z Andrzejem Kratiukiem rozmawialiśmy jeszcze przed postawieniem mu zarzutu. – Nigdy nie współpracowałem ze służbami specjalnymi PRL – stwierdził.

Data: 2005-12-19


Twarze trzeciego bliźniaka 2005-12-29

W tej opowieści są pieniądze, władza i kobiety. Niemal tak jak w angielskich powieściach szpiegowskich, które niegdyś Ludwik Dorn tak namiętnie tłumaczył


Jeszcze do niedawna Ludwik Dorn był utrapieniem dla prezenterów programów telewizyjnych. Wyróżniały go z AWSze zbyt krótkie nogawki szarych spodni, co nie najlepiej wyglądało na wizji. Dziś zakłada ciemne garnitury i starannie dobiera krawaty. I nie mówi tak kwieciście jak dawniej. Nie wypada. Został siłowym ministrem.
Z ojca komunisty

Dorn jest warszawiakiem od urodzenia, czyli od 5 czerwca 1954 r. W stolicy osiadła rodzina jego matki. Ojciec, Henryk Dorn, pochodził z Kresów - urodził się w Tarnopolu jako syn optyka z asymilującej się rodziny żydowskiej. Dziadek obecnego ministra chciał, aby Henryk Dorn kontynuował rodzinną tradycję. Wysłał go na praktykę do niemieckiej Jeny, słynnego ośrodka przemysłu optycznego. Ojciec Ludwika Dorna szkołę w Jenie skończył, ale pochłonęła go polityka. Wstąpił do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy związanej z Komunistyczną Partią Polski. Było to ugrupowanie w II RP radykalne - partia domagała się przyłączenia południowo-wschodniej części Polski do ZSRR. Za działalność polityczną ojciec Ludwika siedział nawet w więzieniu. Po wojnie był lektorem marksizmu-leninizmu na Politechnice Warsz AWSkiej. Z Komunistyczną ideologią ostateczny rozwód wziął po odwilży 1956 roku. Rzucił pracę aparatczyka i wrócił do rodzinnego fachu - otworzył zakład optyczny w Warszawie.

Ludwik Dorn niechętnie mówi o rodzicach. -Tato był człowiekiem bardzo skrytym. Czuło się, że nie aprobuje tamtej rzeczywistości. Ale dopóki byłem w liceum, o polityce się nie rozmawiało. Choć pamiętam, że rodzice słuchali Wolnej Europy.
Czarne chusty

Przemożny wpływ na Dorna wywarła atmosfera stołecznego liceum im. Reytana, a zwłaszcza działalność w tamtejszej 1. Warsz AWSkiej Drużynie Harcerskiej im. Romualda Traugutta, czyli słynnej Czarnej Jedynce. Członkowie drużyny nosili czarne jedwabne chusty na pamiątkę tego, że Traugutt został aresztowany w budynku szkoły.

-W szkole szybko, niemal przez skórę, dowiadywało się, że Czarna Jedynka to nie jest normalna reżimowa drużyna harcerska - wspomina Dorn. Instruktorami byli tam m.in. Antoni Macierewicz i Piotr Naimski, po 1989 r. członkowie rządów i specjaliści od służb specjalnych - m.in. zachęcali harcerzy do zbierania opowieści żołnierzy AK i WiN, inspirowali młodych ludzi do szukania dowodów na kłamstwa propagandy PRL.

Nasiąknięty atmosferą Czarnej Jedynki Ludwik Dorn dość wcześnie zaczął walkę z systemem. W 1971 r. - jako 17-latek -w Alei Zasłużonych na warsz AWSkich Powązkach maluje napis "Chwała robotnikom pomordowanym w grudniu1970 roku". Jest dumny, bo mówi o tym nawet Wolna Europa. Dziś twierdzi jednak, że nie miał wtedy sprecyzowanych poglądów politycznych, a świadoma działalność opozycyjna przyszła później - w 1976 r. podczas robotniczych protestów w Radomiu i Ursusie.

Żeby utrzymać kontakt z młodymi ludźmi, którzy skończyliszkołę, Macierewicz założył klub dyskusyjny Gromada Włóczęgów. Gromada miała dostęp do książek wydawanych za granicą i kontakty z ważnymi nazwiskami opozycji.

Tuż przed Radomiem i Ursusem wokół klubu zgromadzonych było ponad 100 osób. Najważniejszy był Macierewicz - i to pod jego wpływem Dorn zostanie na długie lata. Takich jak on było zresztą więcej -w opozycji nazywano ich antkowcami lub antonówkami.
Socjolog z wyboru

Dorn zdaje na studia na Uniwersytecie Warsz AWSkim. Z psychologii ucieka, "bo za dużo bab". Swoje miejsce znajduje na socjologii. -Miał opinię jednego z najlepszych studentów w instytucie - wspomina dr Mirosława Grabowska, dziś uznana socjolog i politolog.

Podczas studiów kontakty Dorna z Czarną Jedynką rozluźniły się. Nic dziwnego. Sam Dorn przyznaje dziś, że fascynował się wtedy ruchem hipisowskim. Beztrosko się bawił, ostro popijał. Jego narzeczoną była wówczas Kinga Dunin, znana dziś feministka.

Jednak kiedy przyszedł rok 1975 i pojawiły się propozycje zmian w Konstytucji PRL - wprowadzające wieczysty sojusz z ZSRR - Dorn stanął na pierwszej linii protestu studentów i młodych naukowców. -To on mi przyniósł list protestujący przeciw tym zmianom - wspomina dr Grabowska.

Lawina ruszyła. Dorn związał się z Komitetem Obrony Robotników, jeździł do Radomia jako jeden z obserwatorów procesów politycznych. Zatrzymywany, przesłuchiwany, bity. - Kiedy ruszała pomoc dla rodzin uczestników wydarzeń w Ursusie, Lutek w pełni się w to zaangażował - wspomina Henryk Wujec, jeden z założycieli KOR.

Miał predyspozycje do pracy naukowej, ale na uczelni nie został. Powód? Dyrektorem Instytutu Socjologii był wówczas prof. Jerzy Wiatr, jeden z głównych ideologów PZPR.
Karnawał prawdziwków

Pod koniec lat 70. zaczął publikować w "Głosie", podziemnym piśmie Macierewicza i Naimskiego. W ten sposób - śladem swego mentora - Dorn zaczął dryfować na ubocze opozycji. -Nazywaliśmy ich prawdziwkami, bo uważali się za prawdziwych Polaków - wspomina Henryk Wujec. Czym się to objawiało? Dystansowali się od lewicującego środowiska Komitetu Obrony Robotników, głównego nurtu opozycji.

Gdy przyszedł Sierpień '80, Dorn nie trafił - jak wielu innych działaczy opozycji - jako ekspert do stoczni. Został zatrzymany przez milicję. Postulat z Porozumień Sierpniowych o uwolnieniu więźniów politycznych dotyczył między innymi właśnie jego. Wyszedł zaraz po podpisaniu porozumienia robotników z władzą. Podczas rocznego karnawału "Solidarności" Dorn pracuje dla związku - organizuje Ośrodek Badań Społecznych mazowieckiej "Solidarności". To pierwsza etatowa praca w jego życiu. Po publikacjach w "Głosie" widać, że przeczuwał stan wojenny. "Stoimy przed wielką szansą, grożą nam wielkie niebezpieczeństwa" - pisał pod koniec 1980 r. "Konfliktów nie będzie można klajstrować w nieskończoność, ich rozstrzygnięcia nie będzie można wiecznie przesuwać wczas niewiadomy".

Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywa się przez niemal dwa lata - m.in. u rodziców prof. Jadwigi Staniszkis. - Przyszedł do rodziców, powiedział, że jest moim kolegą i potrzebuje pomocy - opowiada Staniszkis. - Bardzo dużo czytał, mieliśmy pokaźną biblioteczkę historyczną.

Kiedy umarł ojciec Dorna, matka nie powiadomiła go o tym. Bała się, że pojawi się na pogrzebie, a bezpieka tylko na to czekała.

Ujawnił się jesienią 1983 r. Ujawnienie wynegocjował dla niego z władzami mecenas Jan Olszewski, obrońca opozycjonistów i późniejszy premier. Dorn uczynił to jako jeden z pierwszych. "Gazeta Wyborcza" wytknęła mu niedawno w biograficznym tekście, że pozostali opozycjoniści byli załamani, kiedy zobaczyli w reżimowych mediach podpisaną przez niego deklarację. - Obiecałem, że będę przestrzegał obowiązującego prawa. Podpisałem kwit, ale kiedy mam do czynienia z bandytami, nic mnie nie zobowiązuje - tłumaczył się Dorn.

Po ujawnieniu się nadal redaguje "Głos". Na łamach tego pisma ukazuje się w 1983 r. kuriozalny manifest "Odbudowa państwa", promujący "trójprzymierze" - czyli postulat zjednoczenia przeciw komunie "Solidarności", Kościoła i... wojska. W dokumencie dowodzono, że ekipa Jaruzelskiego wykazuje się "zamysłem państwowotwórczym". Tekst, bardzo krytycznie przyjęty przez środowiska opozycyjne, Dorn dziś wspomina niechętnie.

Żeby związać koniec z końcem, bierze się za tłumaczenia powieści Johna le Carré, który pisał o nieco cynicznych i niejednoznacznych moralnie agentach wywiadu. Chce uniknąć kłopotów, więc pracuje pod pseudonimami, w tym najsłynniejszym - Dorota Lutecka.
Lutek potrzebuje wodza

Jarosława Kaczyńskiego pierwszy raz spotkał pod koniec lat 70. Kaczyński incydentalnie publikował w"Głosie", przyszedł na któreś kolegium redakcyjne. - Lubiliśmy się, ale nie było między nami "sprzężenia" - wspomina Dorn.

Luźny kontakt urwał się w stanie wojennym. Kaczyński stwierdził, że grupa Macierewicza nie ma większego znaczenia wewnątrz ruchu "Solidarności". Dorn także doszedł do tego wniosku, tyle że później. Jeszcze w 1989 r., kiedy montowano Okrągły Stół, twardo wspierał Macierewicza w krytyce rozmów opozycji z komunistami. Dziś przyznaje, że to jeden z jego największych błędów.

Nie wytrzymał kilka miesięcy później, kiedy razem z Macierewiczem znalazł się w gronie założycieli Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Odszedł po miesiącu i już nigdy bliżej z Macierewiczem nie współpracował. -Z ZChN odszedłem, bo za silny był tam nurt anachroniczny. Jak trzy razy porozmawiałem z Henrykiem Goryszewskim, to uznałem, że nie bardzo mogę i chcę tam funkcjonować - opowiada.

Macierewicz ma swoje zdanie o Dornie: - Lutek potrzebuje przywódcy - mówił w "Życiu" cztery lata temu. Dziś o Dornie rozmawiać nie chce. Sam Dorn przyznaje, że nie ma zdolności przywódczych, dlatego obiera sobie politycznych przewodników. Od Macierewicza się teraz dystansuje: - Antoni pod koniec lat 80. przyjął zupełnie nierzeczywisty sposób rozumienia polityki. On to określa jako prawica narodowo-katolicka, a ja - jako anachroniczne rozumienie patriotyzmu. Odwołuje się do pewnych środowisk, których nie akceptuję. Ale nie mówię o Radiu Maryja - zastrzega.

Szybko Macierewicza w życiu Dorna zastąpił Jarosław Kaczyński. Gdy w grudniu 1990 roku Kaczyński został szefem Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy, przypomniał sobie o Dornie. Zaproponował mu opracowywanie analiz socjologicznych. - Przez kontestację Okrągłego Stołu znalazłem się na marginesie. On mnie z niego wyciągnął -mówi Dorn o Kaczyńskim.

Dla Wałęsy Dorn pracował ledwie rok. Kiedy pod koniec 1991 roku rozpoczął się ostry - trwający do dziś - konflikt Wałęsy z Jarosławem Kaczyńskim, wszyscy jego ludzie zostali usunięci z kancelarii. Także Dorn, który szybko stał się bliskim współpracownikiem Kaczyńskiego, członkiem utworzonej przez niego partii - Porozumienia Centrum. - Z Wałęsą prawie wcale nie miałem do czynienia. Raz podaliśmy sobie rękę - wspomina Dorn. - Ale ta praca była cennym doświadczeniem. Pierwszy raz miałem do czynienia z urzędem państwowym. No i kierowałem niewielkim, bo niewielkim, ale jednak własnym zespołem. Od tej pory Kaczyński i Dorn są bodaj najbardziej charakterystycznym tandemem polskiej polityki. Już z AWSze kiedy Kaczyński szedł do góry, ciągnął za sobą Dorna. A kiedy spadał, Dorn szorował bruk razem z nim. Politycznie Dorn jest bliższy Jarosławowi Kaczyńskiemu nawet bardziej niż jego własny brat. Nie przypadkiem określa się go mianem trzeciego bliźniaka - i to mimo niemal 190 cm wzrostu.
Ze Srebrnej na Wiejską

Wiele lat czekał na to, żeby się znaleźć na ulicy Wiejskiej. W 1989 r. nie wszedł do Sejmu, bo bojkotował Okrągły Stół. W przyspieszonych wyborach w 1991 r. nie znalazł się na listach Porozumienia Centrum, bo się rozchorował.

Kiedy przyszedł rok 1993 i kolejne wybory - rozbita prawica wypada poza Sejm. Dorn przewidział to już kilka lat wcześniej. - Jeszcze w Kancelarii Prezydenta przygotowywaliśmy analizy socjologiczne elektoratów. Tam zobaczyłem, że istnieje bardzo duża zbieżność elektoratu Tymińskiego i SLD. Wtedy zacząłem się orientować, że nie jest najlepiej - wspomina.

W tym czasie Dorn jest wiceprezesem Porozumienia Centrum. Zostaje też analitykiem prasowym w związanej z PC spółce Srebrna, wydającej konserwatywny magazyn "Nowe Państwo". Pisze także felietony.

Do Sejmu wchodzi dopiero w 1997 r. z listy krajowej Akcji Wyboczej Solidarność. Szybko jednak zrywa z AWS. Odmawia poparcia rządu Jerzego Buzka ze względu na ministerialną tekę dla Hanny Suchockiej, którą PC obwinia o inwigilowanie przez UOP prawicowej opozycji w latach 1992 - 1993, gdy była premierem. Koledzy z AWS nazywają Dorna zdrajcą. Na kolejne 4 lata znalazł się na marginesie polityki.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalsze polityczne losy Ludwika Dorna, gdyby nie premier Jerzy Buzek. Pod koniec swych rządów sięgnął on po Lecha Kaczyńskiego, powołując go na ministra sprawiedliwości. Retoryka Kaczyńskiego, obiecującego twardą rozprawę z przestępcami, trafiła do wielu Polaków. Jego brat Jarosław Kaczyński obmyśla więc plan reanimacji dawnego Porozumienia Centrum. Na fali popularności brata chce wypromować nowy polityczny szyld z ludźmi dawnego PC, także oczywiście z Dornem. Tak powstało Prawo i Sprawiedliwość. Po latach wegetacji na obrzeżach polityki ruszali do marszu na Sejm i Belweder.

Jest rok 2001 - rozkłada się AWS, a ludzie chcą rządów twardej ręki. PiS po wyborach staje się drugą co do wielkości partią opozycyjną.
Krwawy Ludwik

Jest coraz bardziej widoczny i wpływowy. Nagrody "Polityki" dla najlepszego posła, oratorskie popisy z sejmowej trybuny w odwiecznych utarczkach z rządem Millera. Ale potrafi także pokazać inną twarz - jego bajka dla dzieci "Senne przygody śpiocha-tłuściocha" zdobywa wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie.

Po ostatnich wyborach zostaje jednym z najważniejszych ludzi w kraju. Stanowisko szefa MSWiA dla Dorna stało się zresztą jednym z głównych powodów konfliktu PiS z PO i fiaska rozmów o utworzeniu wspólnego rządu. Platforma widziała na tym stanowisku Jana Rokitę, sugerując, że kontrolę nad wszystkimi resortami siłowymi PiS wykorzysta do zwalczania innych ugrupowań.

Jako szef MSWiA zyskał już miano Krwawego Ludwika - to od zapowiedzi oczyszczenia służb mundurowych, zwłaszcza wyrzucenia byłych esbeków. Tyle tylko, że Dorn najpierw składa obietnice, a dopiero potem zastanawia się, czy to realne. - Zapomniał, że do usunięcia esbeków trzeba zmienić prawo - mówi wysoki stopniem oficer z Komendy Głównej Policji.

W rozmowie z "Rz" Dorn twierdzi, że chodziło mu głównie o nakłonienie esbeków przed emeryturą do odejścia z policji. - Ci, którzy nie mają jeszcze praw do emerytury, wyczują, że kończy się klimat przyzwolenia na takie historie. Sami odejdą - mówi Dorn. - A tych policjantów, którzy osiągnęli wiek emerytalny, KGP może odesłać na emeryturę wbrew ich woli. Rozkazem.

Również powołanie na szefa policji Marka Bieńkowskiego -byłego szefa Straży Granicznej, dziś cywila - nie stanowi dla Dorna problemu. I to mimo że Bieńkowski nie ma wymaganego prawem stażu w policji: - To nie jest naruszenie prawa - uważa Dorn. - Gdybym powołał na szefa policji szeregowego policjanta bez stażu, to można by dyskutować. Ale ustawa o policji nie nakłada ograniczeń na powoływanie cywili na szefów policji.
Nieuregulowany osobiście

Wzrostowi wpływów politycznych Dorna towarzyszyło wzmożone zainteresowanie prasy sensacyjnej. Brukowce zarzucają mu, że promując konserwatyzm i sanację moralną, sam żyje niezgodnie z tymi zasadami. Że ma drugą twarz.

Zaczęło się od pod szczypywanek. Jeszcze pod koniec ubiegłej kadencji tabloid "Fakt" wypominał Dornowi, że wziął sejmowy samochód na wakacje w Chorwacji. Gdy się tam potłukł, jeżdżąc na rolkach, wylądował w klinice MSWiA w Warszawie na ekskluzywnym oddziale dla VIP. Problem w tym, że sam wcześniej chciał likwidacji tego "przywileju władzy".

Niedawno za Dorna wziął się "Super Express". Wytknął mu, że mając pod Warszawą dwa domy, bierze z Sejmu dopłatę na wynajem mieszkania w stolicy - co miesiąc 1,6 tys. zł. Jak ustaliliśmy, dofinansowanie bierze od ponad 8 lat. -Posłowi spoza Warszawy przysługuje albo pokój w hotelu sejmowym, albo dofinansowanie do wynajmu. Z AWSze bardzo dużo pracowałem. Dojazd byłby dużym kłopotem -mówi nam Dorn.

Denerwuje się, gdy pytamy go o odkrytą przez "Rzeczpospolitą" działalność gospodarczą. Firma socjologiczna Dorna zarejestrowana w 1989 r. figuruje w ewidencji do dziś. Przez lata nie napisał tego w żadnym oświadczeniu majątkowym. - Nigdy takiej działalności nie podjąłem - ucina.

Jednak w furię wpada dopiero, gdy pytamy go o doniesienia tygodnika "Nie", który zarzucił mu rozpoczęty na internetowym czacie romans z gwiazdą porno, seksualną rekordzistką świata Pauliną Kaczanow, znaną pod zaczerpniętym ze świata polityki pseudonimem Marianna Rokita.

Przekonujemy Dorna, że powinien odnieść się do zarzutów "Nie", bo jest osobą publiczną, jednym z najważniejszych urzędników państwowych. Bez rezultatu. Wyrzuca dziennikarzy "Rzeczpospolitej" z gabinetu.

Politycy PiS półgębkiem opowiadają, że Dorn miał szanse na stanowisko premiera, ale przeszkodziło mu właśnie "nieuregulowane" życie osobiste - jest rozwiedziony, a tabloidy lubują się w robieniu mu z ukrycia zdjęć z różnymi kobietami. W dodatku jest nerwowy, chimeryczny i obrażalski. To zdyskwalifikowało go jako kandydata na szefa rządu. Trudno wyobrazić sobie, by dostał następną szansę.
ANDRZEJ STANKIEWICZ, woc


Gdzie Niezgoda, tam Zasada 2005-12-29







Prawą ręką dyrektora został człowiek, który miał zarzuty o ustawianie przetargów






Od kilku dni nowym szefem Poczty Polskiej jest
Zbigniew Niezgoda, w czasach prezesury Wiesława Walendziaka dyrektor
biura zarządu TVP.



Za kadencji Niezgody zapadną najważniejsze decyzje, m.in. co do
przyszłej prywatyzacji Poczty. Dyrektor już dobrał sobie zastępców.
Odpowiedzialnym m.in. za transport (a więc wielomilionowe przetargi) w
Poczcie został Aleksander Zasada, przed laty bliski współpracownik
Niezgody.



Zasada to doświadczony urzędnik. Były szef gabinetu PRL-owskiego
premiera Mieczysława Rakowskiego. W latach 90. był w TVP. Kierował
biurem handlu i promocji. Jego kariera skończyła się skandalem.
Wewnętrzna kontrola (a później NIK) odkryły, że m.in. łamał procedury
przetargowe i podejmował absurdalne decyzje. TVP wzięła w leasing
furgonetkę od kolegi Zasady w cenie wyższej od ceny nowego auta.
Decyzję podejmował sam Zasada. On też, łamiąc ustalenia przetargu,
podpisał wielomilionowy kontrakt ze spółką, której doradzała jego
konkubina. TVP zwolniła Zasadę.



W 1997 r. NIK zawiadomiła prokuraturę o przestępstwie. Ta,dopiero po
czterech latach śledztwa, postawiła Zasadzie zarzut: narażenie
telewizji publicznej na 4 mln zł strat. Zbigniew Niezgoda, pryncypał z
TVP, bronił w śledztwie podwładnego.



Zasada wyszedł z opresji obronną ręką. Pani prokurator, która
postawiła mu zarzuty, trzy tygodnie później je... umorzyła "wobec braku
danych dostatecznie uzasadniających możliwość popełnienia
przestępstwa".



W 1999 r. drogi Zasady i Niezgody zeszły się ponownie. Obaj
rozpoczęli pracę w Poczcie Polskiej. Zasada zajmował się strategią
firmy, a Niezgoda był przez jakiś czas jej dyrektorem.



Szef Poczty Polskiej potwierdza w rozmowie z "Rz", że zeznawał w
śledztwie na korzyść Zasady. Przed nominacją wiedział, jakie zarzuty
stawiała mu prokuratura. Jak mówi nam Niezgoda, na stanowiskach
kierowniczych można popełnić błędy. Czasem chodzi się po bardzo
grząskim gruncie, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze. W
nominacji nie widzi nic złego.



Julia Pitera, była szefowa polskiego Transparency International,
posłanka PO: - Dziwne, że ktoś z kręgu PiS podejmuje podobne decyzje.
Zamiast tej nominacji spodziewałabym się wyjaśnień, dlaczego dopiero po
czterech latach prokuratura postawiła zarzuty w sprawie o
wielomilionową niegospodarność? I dlaczego, już po trzech tygodniach,
ta sprawa została umorzona? Nie rozumiem, jak ktoś taki może pracować w
publicznej instytucji.



"Rzeczpospolita" ustaliła, że Zasada i Niezgoda od kilku lat są
sąsiadami. Mieszkają w domu zbudowanym... przez spółdzielnię Zasady.
Dyrektor Poczty Polskiej ma tam dwa mieszkania. Zasada, po godzinach,
jest prezesem spółdzielni. Jego współpracownikiem jest Piotr B. -
oskarżony o wyprowadzenie z PZU Development 3 mln zł.



Niezgoda deklaruje, że sprawy spółdzielni go nie interesują.
Podkreśla, że kilka dni temu Zasada zrezygnował z bycia prezesem
(zastąpiła go jego konkubina) i że nie zna Piotra B. Nie przeszkadza
mu, że w spółdzielni Zasady mieszka kilku urzędników Poczty.





WOJCIECH CIEŚLA, ROBERT RYBARCZYK


Kasjer lewicy też ułaskawiony 2005-12-29

Kasjer lewicy też ułaskawiony

Sprawa Sobotki to nie jedyna zaskakująca decyzja prezydenta

Aleksander
Kwaśniewski ułaskawił szwajcarskiego bankowca Petera Vogla nazywanego
kasjerem lewicy. Jest on od lat w centrum uwagi służb specjalnych.


Prokuratura
zbada, czy urzędnicy przeprowadzili procedurę ułaskawienia
bezinteresownie. Peter Vogel , do niedawna wiceprezes szwajcarskiego
banku Coutts, odpowiadał za klientów z Europy Wschodniej. Według
ustaleń operacyjnych funkcjonariuszy z ABW Vogel lokował na
szwajcarskich kontach pieniądze mafii i czołowych polityków lewicy.

Vogel,
który przed laty nazywał się Piotr Filipowski vel Filipczyński, został
skazany w 1971 roku na 25 lat więzienia. Jako 17-letni chłopak
bestialsko zamordował 75-letnią kobietę. Po ośmiu latach został
zwolniony na przerwę w odbywaniu kary. W 1983 roku w niewyjaśnionych
okolicznościach dostał paszport i wyjechał z Polski. Piotr Filipowski
zmienił nazwisko i już jako Peter Vogel osiadł w Szwajcarii, gdzie
robił karierę bankowca. W 1998 roku został zatrzymany i przekazany do
Polski. Rok później ułaskawił go prezydent Aleksander Kwaśniewski, mimo
negatywnej opinii jednego z prokuratorów. – Dane ułaskawionych osób są
objęte tajemnicą i nie wypowiadamy się na ten temat – mówi nam Dariusz
Szymczycha, minister z Kancelarii Prezydenta. Sprawą Vogla
zainteresowała się prokuratura. – W poniedziałek zostanie wszczęte
postępowanie, czy doszło do przyjęcia korzyści podczas procesu
ułaskawienia – mówi nam Janusz Kaczmarek, szef Prokuratury Krajowej.



Kasjer lewicy też ułaskawiony 2005-12-29



Sprawa Sobotki to nie jedyna zaskakująca decyzja prezydenta

Aleksander
Kwaśniewski ułaskawił szwajcarskiego bankowca Petera Vogla nazywanego
kasjerem lewicy. Jest on od lat w centrum uwagi służb specjalnych.


Prokuratura
zbada, czy urzędnicy przeprowadzili procedurę ułaskawienia
bezinteresownie. Peter Vogel , do niedawna wiceprezes szwajcarskiego
banku Coutts, odpowiadał za klientów z Europy Wschodniej. Według
ustaleń operacyjnych funkcjonariuszy z ABW Vogel lokował na
szwajcarskich kontach pieniądze mafii i czołowych polityków lewicy.

Vogel,
który przed laty nazywał się Piotr Filipowski vel Filipczyński, został
skazany w 1971 roku na 25 lat więzienia. Jako 17-letni chłopak
bestialsko zamordował 75-letnią kobietę. Po ośmiu latach został
zwolniony na przerwę w odbywaniu kary. W 1983 roku w niewyjaśnionych
okolicznościach dostał paszport i wyjechał z Polski. Piotr Filipowski
zmienił nazwisko i już jako Peter Vogel osiadł w Szwajcarii, gdzie
robił karierę bankowca. W 1998 roku został zatrzymany i przekazany do
Polski. Rok później ułaskawił go prezydent Aleksander Kwaśniewski, mimo
negatywnej opinii jednego z prokuratorów. – Dane ułaskawionych osób są
objęte tajemnicą i nie wypowiadamy się na ten temat – mówi nam Dariusz
Szymczycha, minister z Kancelarii Prezydenta. Sprawą Vogla
zainteresowała się prokuratura. – W poniedziałek zostanie wszczęte
postępowanie, czy doszło do przyjęcia korzyści podczas procesu
ułaskawienia – mówi nam Janusz Kaczmarek, szef Prokuratury Krajowej.


e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]